tym razem znów było tak, jak w starym porzekadle: Siedzimy sobie spokojnie w okopach, a tu jak coś nie łupnie...
Siedzieliśmy tak w kawiarnianym ogródku, w kilka osób, trzech starszych i jeden młody. Młody na tyle był młody, że każdy z nas, tych starszych, mógłby z pewnością być dziadkiem jego dzieci, gdyby młody takowe miał. Siedzieliśmy więc, na powietrzu, z dala od obowiązków i rozmawialiśmy bez ładu i składu o wszystkim i o niczym.
Uważa się - i nie bez racji - że ewolucja kształtuje narządy wg tego, jak i do czego najczęściej są używane. Stąd pono ręce nasze łatwiej potrafią zagarniać do siebie, a działanie odwrotne wychodzi nam dużo gorzej, o ile w ogóle. To zaś prowadzi do wrażenia, jakie czasem miewam, że na swój obraz i podobieństwo tworzymy wiele rzeczy, a wśród nich i systemy informatyczne.
Kiedyś, a chyba było to dość dawno, dla ułatwienia kontaktu z często podróżującą córką, postanowiłem jej kupić telefon komórkowy. Operatorów tej telefonii było wtedy w Polsce dwóch, a telefonów na wstępnie opłacone karty jeszcze nie było, a jeżeli nawet już były - to bez możliwości roamingu, na czym mi też zależało.
Co charakterystyczne, komputery określane po angielsku terminem ''mainframe'', nie doczekały się, jak dotąd, polskiej nazwy. Gwoli ścisłości wypada jednak też zauważyć, że takiej swojskiej nazwy nie doczekały się również, nieco od tamtych mniejsze, komputery z kategorii ''midrange''.
Dzieliłem się tu już kiedyś z czytelnikami refleksjami na temat postrzegania historii informatyki przez młodszych jej adeptów. Wnioski z tego były takie sobie, bo nieznajomość samych tylko podstaw historii nie sprzyja ciągłości, a bez niej z kolei rozwój każdej dziedziny przypomina szarpaninę.
Pośród dziesiątek propozycji uczestnictwa w konferencjach, seminariach i szkoleniach, jakie otrzymuję każdego niemal tygodnia, płatnych i darmowych, kilkugodzinnych i wielodniowych, znalazł się kiedyś ''Kurs zarządzania czasem''.
Gdy tylko okazało się, że jedna z tzw. światowych firm zamierza przenieść swoje - a jakże, światowe - centrum księgowości z Irlandii do Polski, na Zielonej Wyspie zawrzało. O straconych dwustu miejscach pracy gazety tamtejsze pisały na pierwszych stronach i głośno było w każdym programie radiowym i telewizyjnym.
Jeżeli ktoś, dysponując drewnianym, miejscami ażurowym, szałasem pasterskim, zapragnie uczynić z niego bankowy sejf albo schron na wypadek ataku termojądrowego, to raczej nie da się osiągnąć tego celu drogą przeróbki, lecz poprzez zburzenie istniejącej konstrukcji i budowę nowej, o z góry wyznaczonej roli.
Nie można zajmować się wszystkim, mimo że to wszystko wydaje się tak interesujące. Życia nie starczy, a i tak efekt zajmowania się wszystkim będzie bardzo powierzchowny, lekki jak muśnięcie powierzchni, a nie jak zachłyśnięcie się pełnią. A to oznacza konieczność ciągłego dokonywania wyborów, skutkiem których musi - niestety - być rezygnacja.
Jeździliśmy do tej Pragi złotej każdego roku, gdzieś od połowy lat siedemdziesiątych. I tak samo oni bywali u nas. Powodem była czasem oficjalna konferencja albo jakieś seminarium, innym razem po prostu zwykłe spotkanie ludzi, których coś łączyło.
Już sądziłem, że komputery i telewizory nawet najmłodszych z nas odciągają od gier i zabaw na świeżym powietrzu. Ale tak to już jest, jak ktoś nie widzi dalej końca swego nosa, gdyż powyższą opinię formułowałem - jakże niesłusznie - tylko na podstawie tego, co obserwuję na swoim osiedlu. Okazało się jednak, że to, co widziałem, a właściwie to, czego właśnie przez czas jakiś widać nie było, to była tzw. luka pokoleniowa. Po prostu starsi już dawno z tego wyrośli, młodsi dopiero dorastają, a środka nigdy nie było.
O ile słowo ''wywoływacz'' jest w polskim dość jednoznaczne (gdy pominąć wywoływaczy duchów, bo tu wszystko jest możliwe), o tyle "utrwalacz" ma już kilka znaczeń.
Od felietonu, który ukazuje się tuż przed dorocznym dniem blagi, można oczekiwać, że nie będzie w pełni poważny. Pozostaje tylko kwestia, czy wynikła z tego wesołość będzie przaśna i dosadna, w stylu Dyla Sowizdrzała, czy też skieruje się w stronę form nieco bardziej wysmakowanych.
Dwa przedmioty były dla mnie zmorą przez cały okres szkolny: rysunki i śpiew. I nie chodziło nawet o to, że z obu dostawałem na kolejnych świadectwach tróję z łaski. Bardziej dojmujące były niemożność pokonania samego siebie i przekroczenia granicy, za którą inni poruszali się z łatwością, gdy tylko przyszła im ochota.
Każdy z nas nosi jakieś imię, które - uzupełniając nazwisko - ma go jednoznacznie wyróżniać pośród społeczności, w której przyszło mu żyć. Aby przekonać się, że w rzeczywistości tak nie jest, nie trzeba nawet sięgać do książki telefonicznej, gdzie całe kolumny zapełniają osoby o tych samych imionach i nazwiskach.

Warunki obsługi - Kontakt - Redakcja - Regulamin - O nas - Polityka prywatności - Serwis zgodny z ASME - Reklama - Licencjonowanie treści
Computerworld Polska i Computerworld Polska online są znakami towarowymi IDG Poland SA.
© Copyright 2009 International Data Group Poland S.A. 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel.(+4822)321-78-00 fax(+4822)321-78-88